
Maroko zaskoczyło mnie dużą ilością anglojęzycznych turystów jak również faktem, iż Marokańczycy o wiele lepiej posługują się tym językiem niż np Tunezyjczycy . I to nie chodzi o proste zwroty komunikacyjne ale zdarzało mi się dyskutować w języku angielskim na tematy społeczne, ekonomiczne , polityczne czy religijne z napotkanymi Marokańczykami ( tylko z młodymi osobami obu płci otwartymi na świat). Angielski był dla mnie wygodny, bezpieczny i ratował mnie w wielu sytuacjach np. kiedy składałam skargę na obsługę w restauracji , przy czytaniu regulaminów hotelowych , które różniły się ( i to na korzyść klienta ) od tych , które przedstawiło nam biuro podróży, kiedy chciałam porozmawiać z anglojęzycznymi podróżnikami … i tu spotkała mnie ciekawa historia, gdy w barze przy bilardzie poznałam chłopaka , z którego wymowy wywnioskowałam, że jest Szkotem. Jakież było moje zdziwienie, gdy powiedział, że jest z Liverpool a dialekt, którym się posługuje nazywa się scouse a liverpoolczyków czyli mieszkańców Liverpoolu nazywa się scouserami. Sam przyznał, że anglojęzyczne osoby mają problem ze zrozumieniem tego dialektu . Rodzi to pytanie o sens nauki z native speakerami. Sama miałam na studiach zajęcia z nowojorczykiem i na Boga nie chciałabym tak mówić 🤣. Standard to standard i jeśli chodzi o angielski to RP i niech sobie brytyjczycy robią śmiechy i mówią „ you sound bookish” ale to ja podróżuję po świecie a ty zmywasz garnki w restauracji. Jeśli chodzi o arabski to też obstaję przy modern standard Arabic zwany fushą choć mojej marokańskiej nauczycielki wypytywałam z ciekawości o deriżę czyli dialekt. Więcej zapewne będzie na webinarze, na który wkrótce Was zaproszę.